+1
pierscien 11 grudnia 2016 05:44
Zapraszamy do relacji z trzeciej części naszej podróży po RPA oraz Tajlandii. Poniżej relacja z jednodniowego pobytu w Durbanie i nurkowania z rekinami.

Link do części pierwszej: Kruger Park: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2588/podroz-marzen-cz-1-kruger-park/
Link do części drugiej: Cape Town: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2636/podroz-marzen-cz-2-cape-town/
Link do części czwartej: Dubai: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2670/podroz-marzen-cz-4-dubai/

Powoli zmęczenie zaczyna się nawarstwiać. Jesteśmy już tydzień poza domem, a za chwilę czeka nas piąty lot podczas naszej wycieczki. Tym razem przemieszczamy się do Durbanu, od Cape Town mamy do pokonania 1500 km, wybór opcji lotniczej znowu jest oczywisty. Po raz kolejny podróżujemy z Fly Safair (cena biletu w jedną stronę to 180zł). Pewnie nigdy byśmy nie odwiedzili Durbanu, gdyby nie to że kolejny odcinek naszego głównego bilety mamy właśnie z tego miasta. Dziś już wiemy, że był to bardzo przyjemny w skutkach zbieg okoliczności.



W Durbanie musimy zagospodarować ok 6 godzin, lądujemy o 10:00, a kolejny lot mamy o 19. W pierwszej chwili planowaliśmy zrobić krótki wyskok na miasto, zobaczyć co ciekawe i wrócić na lotnisko. Po przestudiowaniu google, stwierdziliśmy że nie ma tu nic godnego naszej uwagi. Dodatkowo Durban uchodzi za miejsce mało bezpieczne. No dobra jeżeli nie Durban to może coś jest w okolicy do zobaczenia, może jeszcze jeden park ze zwierzętami na koniec wyjazdu? Wyskakuje: Shark Cage Diving- pierwsza myśl: Ale jak to? Z rekinami? To tak można... to musi być dla prawdziwych kaskaderów, przecież zawsze chodzi o to żeby być jak najdalej od rekinów.
Nigdy nie myślałem o nurkowaniu z rekinami, nawet się nie zastanawiałem czy jest taka możliwość, na tyle to wydawało się dla nas abstrakcyjne.

Przewertowałem cały internet pod względem bezpieczeństwa, nie znalazłem informacji o wypadkach przy nurkowaniu. Drugi punkt to przekonać Magdę do tej "rozrywki"... Brzmiało to mniej więcej tak: " Wiesz bo w Durbanie to nie jest bezpiecznie, i tam nie ma nic kompletnie ciekawego do oglądania. Ale 100km od lotniska jest podobno fajne miejsce do nurkowania, i można oglądać rybki." Argument o bezpieczeństwie zawsze działa, i się zgodziła :) Po jakimś czasie zaczęła dopytywać o szczegóły, musiałem pokazać jakieś filmiki i zobaczyła REKINA - "ale tam są rekiny!", "yyyyy no tak, ale to też są ryby, czasami przypływają rekiny, ale to bezpieczne". Jakoś poszło...

W RPA najpopularniejszym miejscem do nurkowania z rekinami są okolice Cape Town i miejscowość Gansbaai. Można tu spotkać Żarłacze Białe (te które znamy z filmu: Szczęki). Jednak woda tutaj jest mniej przejrzysta, najczęściej przypływa tylko jeden rekin, no i to o czym zapomniałem wspomnieć w relacji z Cape Town - mimo turkusowej wody, świetnych piaszczystych plaż - ludzie się tutaj nie kąpią... woda w Oceanie Atlantyckim ze względu na zimne prądy ma 18C. W Durbanie mamy już Ocean Indyjski i woda jest dużo cieplejsza (24C). Są też lepsze warunki do oglądania rekinów pod wodą (przejrzystość wody).

Na koniec był jeszcze jeden mały problem, lądujemy o 10:00. A wiecie kiedy aktywność zwierząt jest największa? Wcześnie rano! Nikt nie chciał się zgodzić z nami wypłynąć o 11. Aż w końcu się udało! Na pomoc przyszli: http://bluewilderness.co.za/

Lądujemy w Durbanie, szybko do wypożyczalni - bierzemy już trzecie auto podczas naszego wyjazdu. Przy wypożyczeniu każdego auta, potrzebny jest depozyt na karcie kredytowej ok. 2 tyś zł (w zależności od wypożyczalni, klasy samochodu). Blokada zdejmowana jest po ok. 7 dniach roboczych, więc musimy się trochę nagimnastykować ze środkami na koncie. Udało się, podjeżdża auto, wskakujemy i fru! Oczywiście całą drogę znowu pokonujemy autostradą...

Podjeżdżamy do "biura" które zgodziło się na nasze specjalne potrzeby godzinowe. Podobnie jak na Safari, tutaj również nikt nie da nam 100% pewności że uda się zobaczyć rekiny, tym bardziej że robimy to o 11:00, a nie o świcie. Jak twierdzi nasz przewodnik, później rekiny są odstraszane przez surferów, i nie chętnie podpływają.

Na początek zostaliśmy przywitani poczęstunkiem (aha! Pewnie chcą nas nakarmić, żeby rekiny miały co jeść!). Później dokładne omówienie planu naszego nurkowania oraz zasad bezpieczeństwa. W międzyczasie ktoś pyta o rozmiar naszych stóp, aby przynieść nam płetwy. Ale jak to!? Płetwy? Po co nam płetwy nurkując w klatce. Coś jest nie tak... Odprawa trwa: "No bo rekiny to jedzą tylko sardynki, wami to kompletnie nie będą zainteresowane. Musicie tylko przestrzegać kilku zasad." Przemiła pani, zaczyna nas oswajać z myślą żebyśmy wyszli z klatki podczas nurkowania... Słyszałem o tym wcześniej, ale w życiu bym nie pomyślał żeby to zrobić. Miałem tych ludzi za kompletnie nie znających wartości swojego życia...



Odprawa skończona, jedziemy na plaże... tam stacjonuje łódka którą wypłyniemy na Ocean w poszukiwaniu rekinów. Jest z nami Jamie - która ciągle kręci film i robi fotki ( trochę dziwnie się czuje, bo to zawsze ja biegam z gopro :) ), Łódka zwodowana, kilka rundek w pobliżu plaży które już dostarczyły nam dużo emocji, i można płynąć w głąb oceanu... Ok. 100 metrów od plaży ustawione są olbrzymie siatki, które zapobiegają wpłynięciu rekinów na płytkie wody. Emocje są ogromne! Już zapomnieliśmy że tak naprawdę możemy niczego nie zobaczyć...



Przepłynęliśmy jakiś kilometr w głąb oceanu, ciągle widząc brzeg. Wypatrujemy ptaków, bo to one jako pierwsze wskażą miejsce w którym są rekiny. Są! Widzimy je! Skaczą jak szalone! Płyniemy... a nie, to delfiny. Dla nas też super! Pamiętam że będąc na wyspach kanaryjskich, trzeba płacić duże pieniądze za tropienie delfinów z łódki. Płyniemy dalej, łódka zwalnia. Coś jest pod wodą, to żółw! Wielki żółw!



Płyniemy dalej... Są! Są! To na pewno już rekiny. Nie skaczą, a nad wodą widać charakterystyczną płetwę. JEST JEST JEST! Będzie nurkowanie z rekinami. Są dwa, nie już trzy! Nie cztery, było ich naprawdę dużo... nie do policzenia. Nasz przewodnik zaczyna wrzucać do wody sardynki, łódka zatacza koła. Zaraz się zacznie...



Klatka do wody, a my do klatki! Ciężko się trzymać klatki, bo boimy się że rekin odgryzie nam palce :) Ale nasz przewodnik jest już poza klatką, Jamie też wszystko nagrywa pływając beztrosko poza klatką.



Po 5 minutach stwierdzam że nie chce być jak zwierzęta w zoo i też chce wyjść z klatki. Ciężko się skupić na oglądaniu, jestem kilometr od brzegu na Oceanie Indyjskim, jakieś 10 tysięcy kilometrów od Polski, a dookoła pływa co najmniej 10 rekinów. Praktycznie nie wykonuję żadnych ruchów, tak aby nie zainteresować rekinów, ręce cały czas mam mocno ściśnięte przy sobie, zgodnie z zaleceniami.



Po kolejnych 5 minutach, zaczynam przekonywać Magdę żeby wyszła z klatki. Że to nie jest takie straszne. Zgadza się! WOW! Będziemy razem nurkować poza klatką :) Lądując 2 godziny temu w Durbanie nigdy bym o tym nie pomyślał. Dryfujemy podziwiając rekiny... jest prześwietnie!


Nie wiem ile czasu minęło, może z 20 minut. Podpływam do Magdy i pytam czy kończymy. Zaprzecza, zafascynowana tym co widzi dookoła. Zawsze to ona pyta mnie czy już wychodzimy z wody, albo sama wychodzi a ja zostaje. Po kolejnych 5 minutach znowu podpływam i mówię że ja już muszę wyjść...



Mam chorobę morską, blisko 30 minut dryfowania na falach z głową pod wodą, oddychając przez rurkę, co chwilę popijając słoną wodę zrobiło swoje. Wyszliśmy, jesteśmy na górze, w końcu można odetchnąć... cały czas widzimy rekiny wokół łódki. Robią piorunujące wrażenie. Pakujemy cały sprzęt i zbieramy się do wyjazdu, ja w tym czasie nie wytrzymuje... zaczynam wymiotować. Nie pamiętam kiedy ostatni raz piłem słoną wodę, w zestawieniu z falami i ciepłą wodą dało to wspominany wcześniej efekt. Dokładnie kiedy choroba mi zaczyna ustępować, Magda zaczyna wymiotować (ona trochę później wyszła z klatki). Nikt nie mówił że będzie łatwo. Wracamy na ląd, na koniec jeszcze jedna atrakcja - wyskakiwania łódką na brzeg.

Wracamy do naszej bazy. Możemy się wykąpać, dostajemy cole która leczy wszystko :) Jest lepiej... Czeka na nas nawet lunch, ekscytujemy się naszymi doznaniami :) Jamie coś tam grzebie przy komputerze. Moje czujne oko dostrzega że montuje film. Myślę: dobra jest! Po lunchu zasiadamy przed telewizorem i oglądamy zdjęcia oraz zmontowany film. Super! Na koniec dostajemy pen drive, dopiero w tym momencie zaczynamy rozmawiać o płatności. Standardowo nurkowanie kosztuje: 300zł (950 randów). Minimalna ilość osób jaka jest potrzebna żeby to się opłacało to trzy. My mieliśmy prywatny tour, dlatego wcześniej się umówiliśmy że zapłacimy za trzy osoby. Na miejscu dostajemy jeszcze mały rabat, trzecia osoba policzona zostanie po ulgowej cenie. Dla porównania w okolicach Cape Town nurkowanie z rekinami kosztuje 600zł/os (1850 randów).



Wsiadamy do samochodu... Za nami kolejne mega doświadczenie Cały czas nie mogliśmy uwierzyć w to że się udało! W RPA harmonogram mieliśmy bardzo napięty, więc fizycznie również wymęczyła nas ta podróż. Praktycznie codziennie spaliśmy w innym miejscu, co chwilę odwiedzając lotnisko, wypożyczalnie samochodów, i przejeżdżają masę kilometrów. Przyszedł ten moment, kiedy wszystko się powiodło, plan został zrealizowany a organizm wyłączył tryb czuwania. Minął tydzień od rozpoczęcia naszej przygody, poczuliśmy pełne usatysfakcjonowanie z wyjazdu a jednocześnie zmęczenie. Wieczorem mamy kolejny nocny lot, tym razem do Dubaju. Przed nami jeszcze 17 dni wycieczki, a przeżyliśmy już tyle że moglibyśmy wracać do Warszawy.



Dobra pora otrzeźwieć... Cola szybko stawia nasze głowy do pionu, mamy jeszcze trochę czasu jedziemy zobaczyć czy w Durbanie faktycznie jest tak strasznie jak wszyscy piszą... Każde miasto które do tej odwiedziliśmy jest zupełnie inne. Tak samo jest i tym razem. Główna droga prowadząca na plaże ma z 6 pasów, ogromny korek, cały życie toczy się przy straganach wzdłuż ulicy, ludzie non stop przechodzą przed maską. To chyba taki mały wstęp do tego co nas później czeka w Bangkoku. Rozglądamy się do okoła i znowu przychodzi ten dziwny moment, nie ma żadnych białych ludzi. Dojeżdżamy na plażę, planujemy coś zjeść. To samo co wcześniej, tylko my jesteśmy biali. Często poruszamy ten wątek, ale to naprawdę dziwne uczucie... Durban nie zachwyca, ciężko ocenić kwestie bezpieczeństwa nam nic się nie przytrafił. Po obiedzie udajemy się na lotnisko. Już widać że czeka nas kolejne zderzenie z inną kulturą. Czas odwiedzić świat Islamu...

#img24

Ciąg dalszy nastąpi...

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

kadet 13 grudnia 2016 16:08 Odpowiedz
Czy kontrolowali limity (waga i wymiary) bagażu podręcznego przy locie FlySafair do DUR?
pierscien 17 grudnia 2016 12:09 Odpowiedz
kadetCzy kontrolowali limity (waga i wymiary) bagażu podręcznego przy locie FlySafair do DUR?
Lecieliśmy dwa razy z FlySafair JHB->CPT i CPT->DUR: zero kontroli podręcznego (wymiary, waga). Podobnie później z AirAsia. Obłożenie na JHB->CPT bliskie 100%. CPT->DUR było na poziomie 70%.