+1
pierscien 9 grudnia 2016 13:19
Zapraszamy do relacji z drugiej części naszej podróży po RPA oraz Tajlandii. Poniżej relacja z dwudniowego pobytu w Kapsztadzie.

Link do części pierwszej: Kruger Park: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2588/podroz-marzen-cz-1-kruger-park/
Link do części czwartej: Dubai: https://pierscien.fly4free.pl/blog/2670/podroz-marzen-cz-4-dubai/

Po opuszczeniu bram Parku Krugera udaliśmy się z powrotem w kierunku Johannesburga, skąd mieliśmy kolejny lot. Planując pobyt w RPA należy pamiętać że mimo iż poruszamy się w obrębie jednego kraju, odległości pomiędzy miastami są dość duże. Krajobraz który podziwiamy zmienia się kilkukrotnie. Do przejechania mieliśmy 400km. Jadąc zgodnie z przepisami, zajęło nam to ok. 4h. Po raz kolejny chcę podkreślić że jazda samochodem po RPA jest naprawdę szybka i przyjemna. Na nocleg przyjechaliśmy standardowo po 22:00...

Kolejnego dnia mieliśmy lot z samego rana, dlatego też nocleg zarezerwowaliśmy w pobliżu lotniska. Zapomnieliśmy sprawdzić do kogo (jakiego koloru skóry) należy ta dzielnica. Spaliśmy w Kempton Park. Po zjechaniu z autostrady, do samego noclegu nie spotkaliśmy białego człowieka. Podjeżdżamy pod bramę, muzyka głośno gra chyba jest impreza w hotelu - może jakieś wesele? No nic, musimy się przespać. Parkingowy mówi że nie ma miejsca na parkingu, odpowiadam że nie ma problemu zostawię samochód przy ulicy. Stanowczym tonem odradza takie rozwiązanie i karze wjeżdżać na posesję. Wszystkie domy w RPA są ogrodzone wysokim płotem a na górze dodatkowo jest drut pod napięciem. W sumie idzie do tego przywyknąć ale cały czas robiło to na nas wrażenie, w sumie czuliśmy się jak w Parku Krugera tam ogrodzenia były podobne :) Wesele zamienia się na coś co przypomina wielką imprezę hip hopową. Szukamy recepcji... ktoś zaprasza do pokoju który przypomina loże w dyskotece. Siedzi dwóch czarnoskórych mężczyzn... przypomina to przesłuchanie dla hip hopowców. Na pewno kojarzycie taką scenę z jakiegoś filmu. Okazuję się że to faktycznie jest recepcja. Dostajemy kluczyk do pokoju, nawet jesteśmy odprowadzeni pod same drzwi. Dodam że wszystko się dzieje w bardzo pozytywnej atmosferze i z uśmiechem. Magda jest przerażona, ja zmęczony. Zbliża się 23:00, o 6:00 i tak mamy stąd wyjechać na lotnisko. Gdyby nie to, pewnie kazała by mi szukać nowego noclegu lub spać w samochodzie, tylko gdzie bezpiecznie zaparkować? Muzyka dudni całą noc, ale jesteśmy tak zmęczeni że nam to nie przeszkadza.

Noc mija spokojnie, rano nie ma śladu po imprezie. Udajemy się na lotnisko, nie udało nam się znaleźć myjni. Mamy jeszcze zapas czasu, pytamy przy zdaniu samochodu czy jest coś otwatę w pobliżu. Po chwili namysłu, osoba odbierająca samochód mówi że nie ma potrzeby mycia auta - ufff. Przypomnijcie sobie jak wygląda maska waszego auta po przejechaniu 400km latem. Udajemy się na lotnisko, gdzie z linią Fly Safair udamy się w podróż do Kapsztadu(210zł/os)! Johhanesburg i Kapsztad dzieli 1500km. W alternatywie jest 28 godzinna jazda pociągiem, więc wybór samolotu jest oczywisty.




Na pierwszy rzut oka w Kapsztadzie czuć inny klimat. Zdecydowanie jest więcej ludzi o białym kolorze skóry, dużo więcej turystów. Na lotnisku wypożyczamy auto z FirstCar (tym razem rezerwowaliśmy z FlySafair, w cenie wynajmu był określony limit kilometrów który przekroczyliśmy, co wiązało się z dopłatą) i bezpośrednio udajemy się na Przylądek Dobrej Nadziei. Po drodze w miejscowości Seaforth znajduje się rezerwat z plażą na której można spotkać... pingwiny. Wstęp na molo które prowadzi po plaży jest płatny(22 zł), pingwinów są setki! Jedne stoją, inne pływają, pozostałe śpią. W tym miejscu pingwiny obserwuje się zza barierki, ale wystarczy przejść się na sąsiednie plaże aby móc usiąść obok stada pingwinów. Na pewno będąc w Kapsztadzie trzeba odwiedzić to miejsce. Po podziwianiu pingwinów udajemy się dalej w kierunku Cape Point.



Sama droga jest bardzo atrakcyjna. Turkusowa woda Oceanu Atlantyckiego robi wrażenie. Po drodze spotykamy jeszcze małpy które wędruje wzdłuż drogi, nie zbaczając na zatrzymujące się samochody turystów przy drodze. Sam Przylądek Dobrej Nadziei to również teren rezerwatu przyrody za który trzeba dodatkowo zapłacić (42 zł). Sam Przylądek Dobrej Nadziei nie robi jakiegoś dużego wrażenia, lecz kawałek dalej leży Cape Point - to sam kraniec półwyspu przylądkowego. Na samą górę można wejść na pieszo, lub do połowy wjechać kolejką. My oczywiście wybieramy drogę po schodach. Z góry roztacza się fantastyczny widok! A wbity znak z odległościami do różnych miast uświadamia nam jak daleko znajdujemy się od domu... Jest to też miejsce w którym najczęściej na świecie występują wyładowania atmosferyczne - my na szczęście trafiliśmy na słońce.


Do Cape Town wracamy zachodnią stroną półwyspu, droga w dalszym ciągu jest bardzo atrakcyjna widokowo. Ciężko skupić się na prowadzeniu auta. Odcinek pomiędzy Llandudno a Camps Bay jest dodatkowo płatny, ale widoki wszystko wynagradzają. Robi się ciemno (choć o ponad godzinę później niż na Safari), dlatego udajemy się na nasz nocleg. Tym razem trafiamy na dzielnicę zamieszkałą przez białych ludzi. Bardzo szybko kładziemy się spać, bo jutro czeka nas kolejny intensywny dzień...



Mimo że nie tropimy już zwierząt, wstajemy znowu przed 6:00. W planie na dziś mamy wejście na Górę Stołową. To kolejna wizytówka Cape Town. Jest to góra o wysokości 1055m n.p.m. Na górze często zatrzymują się chmury, trzeba mieć dużo szczęścia żeby trafić na bezchmurny dzień. Rano są do tego najlepsze warunki. Nie chcąc tracić tej okazji ruszamy skoro świt. Aby znaleźć się na górze trzeba wybrać jedną z opcji: Wjazd kolejką, lub piesze wejście. My bez chwili zastanowienia wybraliśmy tą drugą opcję. Na samą górę prowadzi bardzo dużo dróg, a którą wybierzecie zależy tylko od was. My wybraliśmy tą najkrótszą... Ale jak się okazało była naprawdę wymagająca. Dystans jaki był do pokonania z parkingu, to ok. 2,5km ale droga prowadziła praktycznie pionowo do góry. Wejście zajęło nam około godziny. Z góry roztacza się fantastyczny widok na miasto oraz Ocean. W bezchmurny dzień jest naprawdę świetnie.



Na górze jest zdecydowanie chłodniej niż na dole, wieje do tego bardzo silny wiatr. Trzeba pamiętać aby mieć ze sobą coś cieplejszego. Na górze jest kawiarnia, sklep, dużo turystów w klapkach wjeżdżających kolejką - porównałbym to do Kasprowego Wierchu. Po godzinie spędzonej na górze ruszamy w drogę powrotną, z każdym krokiem czuć coraz cieplejsze powietrze. Droga w górę była ciężka, ale zejście okazało się dużo większym wyzwaniem.



Dwukrotnie zaliczyłem bliższe spotkanie z ziemią, a raczej ze skałami w których wykuta jest droga. Za pierwszym razem but ugrzązl mi między skałkami, i klasycznym lotem na szczupaka zaliczyłem kilka obtarć na ciele. Za drugim razem, upadek był mniej groźny - poślizgnęła mi się noga i tylko przysiadłem na prawę biodro... jak się później okazało próby nie wytrzymał mój telefon i przyjął nowy kształt - banana :)



Po zejściu jedziemy znowu odwiedzić Lion Park (Drakenstein Lion Park) - jest to miejsce które zajmuję się lwami uwolnionymi z cyrku czy zamykanych ZOO. Są to zwierzęta które nie poradziłyby sobie już w normalnym świecie zwierząt, a przez lata były źle traktowane. Będąc w Tajlandii należy się 5 razy zastanowić zanim skorzysta się z okazji zrobienia fotki z tygrysem. Wszystkie te zwierzęta są faszerowane odpowiednimi tabletkami. Robi się po południe, wracamy chwilę odpocząć w naszej kwaterze.

Cały czas jest słonecznie, dlatego wieczorem udajemy się na Głowę Lwa (Lion's Head) - czyli kolejny szczyt z którego można podziwiać fantastyczne widoki. Jego wysokość to "tylko" 669m n.p.m. Ale zaletą jest że można podziwiać: miasto, Ocean oraz Górę Stołową. My planujemy z góry oglądać zachód słońca. Jednak zmęczeni porannym wspinaniem, nie wchodzimy już na samą górę tylko zostajemy kawałek wcześniej skąd też widać słońce zachodzące od strony Oceanu. Ostatni etap wchodzenia na szczyt, przypomina raczej wspinaczkę, więc przeznaczone jest to dla osób dobrze przygotowanych fizycznie. Jeżeli chcecie z góry oglądać zachód słońca, przyjdźcie wcześniej. Z powodu tłumów na górze, wchodzenie może dłużej potrwać niż planowaliście. Oglądamy zachód słońca, po czym ruszamy na



Signal Hill - to kolejne wzniesienie nad miastem, z którego już po zmroku podziwiamy rozświetlone miasto. Nas szczęscie na samiutki (płaski) szczyt można wjechać samochodem :) zmęczeni wracamy do pokoju, trzeba się spakować bo jutro znowu czeka nas przeprowadzka...



Podsumowanie:
- Johhanesburg-Cape Town: 210zł/os
- Nocleg: 390zł/2 doby/2 osoby
- Auto: 209zł/2 osoby - z dopłatą za dodatkowe kilometry
- Wjazd na Przylądek Dobrej Nadzieji: 42zł
- Beach Penguin Colony: 22zł
- Drakenstein Lion Park: 25zł

Film: https://vimeo.com/194172954

Dodaj Komentarz